Małżeństwo (moi przyjaciele) trzymając się za ręce schodzili po schodach. Schody były otoczone ogromną ilością zielonych liści drzew, a u podnóża schodów liście zbiegały się i tworzyły zadaszony tunel. U podnóża tych schodów w tym tunelu leżałam ja, uwięziona przez te piękne zielone liście a ku mojej twarzy z tych liści pełzł zaskroniec albo żmija coś takiego syczącego. Nie mogłam się wydostać czułam się jak bym była związana. Jedną ręką starałam się odrzucic tego węża, złapałam go i rzuciłam, ale on wtedy robił się coraz większy i dłuższy i syczał mi prosto w twarz. Byłam przerażona bo ja nienawidzę węży ani żadnych innych obślizłych stworzeń. W momencie kiedy tak rozpaczliwie chciałam odsunąć tego węża od siebie, tym tunelem przebiegł mój wesoły rozbrykany sześcioletni synek. Były tam jeszcze inne osoby między innymi facet do którego się wybierałam. Siedział na dworze przy stoliku i z kimś rozmawiał. Ten tunel prowadził właśnie do jego domu, ale domu nie widziałam. Wiedziałam jednak, że był to piękny dom.
Sny
piter (Gość) 3 lutego 2011